Google+ Followers

piątek, 14 lipca 2017

Chwilowo...

Odejdę pewnego dnia.
Pójdę prostą drogą
do domu Ojca...
Już się nie lękam,
Czekam...
Wiem...
- Jestem przechodniem...
Już tutaj nie psuję.
Jestem, bo jestem...
- Chwilowo...

wtorek, 11 lipca 2017

Karykatura...

Jest taka książeczka dla dzieci autorstwa Nele Moost "Jak kózka uczyła się pływać" 
 Myślę, że powinni przeczytać ją wszyscy, nie tylko dzieci. Zapewne każdy zrozumie ją na swój sposób i chyba o to chodzi, gdyż każdy z nas jest inny i niepowtarzalny, tak jak niepowtarzalne jest każde dziecko. 
Ja osobiście treść książki odczytują jako karykaturę obecnego modelu nauczania, gdzie rzadko jest miejsce na indywidualne podejście do każdego ucznia i rozwijanie jego talentów... 

Jest to historia zwierząt, które poszły do szkoły. 
Były wśród nich najróżniejsze gatunki: kaczka, koń, ryba, żyrafa, słoń, gąsienica, mrówka, a także tytułowa kózka. 
Wszystkie zwierzęta musiały uczestniczyć w tych samych zajęciach. 
Oczywiście szybko okazało się, że jedne zwierzęta są w czymś lepsze od innych. 
Kaczka wygrywała zawody pływackie, podczas gdy koń i kózka zupełnie sobie z tym nie radzili. No cóż, koń podpadł także na lekcji latania, próbował zatem dać z siebie wszystko na zajęciach wspinania, ale i w tym także mu nie szło.
Gdy gąsienica nie chciała uczyć się latania, po prostu wyleciała ze szkoły. 
Zatroskany słoń, nie chcąc zawieść wszystkich, ani także opuścić szkoły, udał się na korepetycje. 
Mimo swoich starań, nie podołał i nie wzbił się w niebo. Zrozpaczony rozpłakał się w końcu.
Mała mrówka, która grzecznie odmawiała nauki pływania i latania, nie wykazując najmniejszego zainteresowania tymi przedmiotami, została przeniesiona do szkoły specjalnej.
Po pewnym czasie okazało się, że nawet kaczuszka, już nie jest najlepsza w pływaniu, ponieważ zbyt intensywnie trenowała wspinanie, a finał był taki, że nabawiła się silnych zakwasów i nie mogła aktywnie uczestniczyć w żadnej z lekcji. 
Zwierzątka rozpoczynając naukę w szkole były najlepsze, każde w swojej dziedzinie. Jednak na koniec roku okazało się, że nikt już niczego nie potrafi robić bardzo dobrze. Tak się skupiały na nauce innych przedmiotów, że zaniedbały swoje dziedziny, a nauczyciele stwierdzili, że do niczego się nie nadają. 

Hmmm...Wszystkie dzieci, przychodzące na świat wyposażone są w ciekawość, dlatego każde jest otwarte i chce poznawać otaczającą rzeczywistość. Czyż nie powinny w pierwszej kolejności poznawać siebie samych, dowiedzieć się w czym są dobre?  
Dzieci mają prawo do odkrywania świata na swój sposób, przy wykorzystaniu własnych, niepowtarzalnych uzdolnień i w odpowiednim dla siebie tempie. One są naszym najcenniejszym skarbem, narodowym bogactwem i dbałość o ich radosną, ekscytującą edukację powinna nam dorosłym wyznaczać azymut. 


czwartek, 6 lipca 2017

Uczący się mózg...

Ostatnimi czasy jestem zafascynowana wszelaką wiedzą z dziedziny neurodydaktyki, czyli nauczania przyjaznego mózgowi. Jest to dziwne połączenie dydaktyki i neurobiologii, ale okazuje się, że niebywale istotne połączenie. 
Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka M. Żylińskiej "Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi". Napisana jest bardzo przystępnym i lekkim językiem i  uwierzcie mi, że naprawdę otwiera oczy na nasz obecny system edukacji. 
Marzeniem każdego rodzica jest, aby dziecko czuło się w szkole dobrze i przede wszystkim rozwijało swoje mocne strony, swoje talenty i zainteresowania. 
Obecny model nauczania, to swoisty XIX wieczny, pruski skansen, gdy powstawał nie było jeszcze wiadomo, jak przebiegają procesy uczenia się. 
Od mniej więcej 20 lat możemy zajrzeć do uczącego się mózgu. 
Żylińska podaje, że mózg z lawiny zalewających go bodźców, wybiera tylko to co może okazać się dla niego przydatne. Decyduje kiedy uruchomić swoją aktywność i zapisać istotne dla niego fakty w sieci ok 90 (czy może nawet więcej) miliardów neuronów. 
Przyswaja nowości, wszystko to co nietypowe, jeśli czegoś nie uzna za ważne, biorąc pod uwagę uwarunkowania genetyczne i środowiskowe, odrzuca bez wahania. 
Natura nie przystosowała go do gromadzenia informacji niczym w bardzo pojemnym segregatorze, do którego można powpinać to, co się akurat chce przekazać. Mózg woli wynajdować reguły i dopasowywać je do rzeczywistości. W działaniu rozwija się znacznie dynamiczniej, niż poprzez bierną obserwację. 
A w naszych szkołach dominuje transmisyjny model nauczania. Wiedza jest przekazywana od nauczyciela do ucznia. Nauczyciel podaje wiedzę na talerzu, a uczeń ma ją sobie przyswoić. Jednak neurony zmieniają się tylko w wyniku aktywności, a jest to możliwe tylko wtedy, gdy uczniowie wykonują konkretną pracę, gdy zadają pytania, dociekają, sprawdzają, dopasowują i wreszcie wnioskują, 
Nauczyciel w pierwszej kolejności powinien wspierać ucznia w jego działaniach, a nie przede wszystkim oceniać, sprawdzając stopień przyswojenia wiadomości. 
Jego rola w XXI wieku powinna polegać na inspirowaniu, dzieleniu się doświadczeniami, pomocy w wyciąganiu wniosków,  porządkowaniu myślenia ucznia, a wszystko to powinno przebiegać w oparciu o jego mocne strony, o talenty i zainteresowania. 
Formatowanie wszystkich dzieci na jedną modłę może przynieść więcej złego niż dobrego. 
Hmmm...To smutne, ale jedyne, co się zmienia w naszych szkołach, to to, że tablica jest już zazwyczaj interaktywna, a tablety zastępują podręczniki. Tylko, że zastosowanie nowych technologii nie jest jeszcze żadną innowacją. Wymiana narzędzi pracy, w niczym nie zmienia nieużytecznego w dzisiejszych czasach, przestarzałego sytemu, który niszczy indywidualizm i kreatywność ucznia, a także utrudnia pracę mózgu. 



wtorek, 27 czerwca 2017

MARANATHA....

Czytając 1 list do Koryntian, zauważymy, że Św. Paweł kończy go słowem: MARANATHA. 
Słowo to samo w sobie nie pobudza naszych myśli i naszej wyobraźni. 
Historycznie należało do języka, którym mówił Pan Jezus. 
MARANATHA  jest nie jakoby świętym słowem, pierwszą chrześcijańską modlitwą. MARANATHA czyli "Przyjdź Panie Jezu" jest jednym z niewielu aramejskich słów zawartych w Nowym Testamencie. 
Ewangelie były tłumaczone z aramejskiego na grecki. 
Niestety nie znamy oryginalnych słów Jezusa. 
Znamy jedynie ich tłumaczenie. 
MARANATHA to jakby przesłanie od samego Jezusa, o tym co ma nadejść... 
A zatem "Przyjdź Panie, Przyjdź Panie Jezu" -  MARANATHA 

sobota, 24 czerwca 2017

Brak fonii...

Czuje się z tym po postu źle...
Z dnia na dzień odebrało mi głos... 
Obudziłam się wczoraj rano i jedyne dźwięki jakie mogłam z siebie wydobyć były jedynie jakimś dziwnym chyba nawet nie szeptem... 
Dla kogoś takiego jak ja, brak fonii jest mocno uciążliwym, niekomfortowym stanem...
Na co dzień lubię sobie pogadać ponad normę... Dopadł mnie jakiś rozszalały wirus i zastanawiam się kiedy odpuści. 
Lekarz przepisał mi vokaler, tantum verde, emskie do picia, inhalacje no i oczywiście oszczędzanie głosu 
( heh...tak jak by było co oszczedzać, przecież nie mogę wydać z siebie żadnego dźwięku) 
Jak mi te medykamenty nie pomogą, to skieruje mnie na jonoforezę... 
Póki co, nie ma poprawy, a zatem milczę sobie... Ciekawe jak długo to moje milczenie potrwa? 
Oby nie za długo, bo życie bez jakiegokolwiek ustnego komentarza jest nie do zniesienia... 

niedziela, 11 czerwca 2017

Było inaczej...


Czas Komunii Św. chyba dobiega końca, no przynajmniej tak mi się wydaje. 
W zeszłym tygodniu też gościłam na kolejnej takowej uroczystości u syna znajomych. 
I powiem Wam, że kościół wyglądał bajecznie, cały w kwiatach, a wszystko to za sprawą rodziców dzieci. Sama uroczystość była bardzo skromna, ale na koniec już po przyjęciu przez dzieci opłatka wybuchła euforia (czyli to, czego mi w KK zawsze brakowało) Dziewczynki tańczyły, klaskały w dłonie, wszystkie dzieciaki wznosiły ręce do nieba, wyczuwało się dziecięcą radość z tak ważnego w ich życiu wydarzenia. Sam proboszcz aż nagrywał taniec na swoją komórkę. Uczestnicy, goście byli chyba trochę zaskoczeni takim obrotem sprawy, ale po chili i im udzieliła się ta radosna atmosfera, gdyż sami zaczęli klaskać i wznosić ręce do Pana. 
Jedno tylko mnie zniesmaczyło, a mianowicie zbiórka na tacę w takim dniu. Rodzice udekorowali kościół, były też dary dla księży i kościoła, dlatego uważam, że tacę mogli sobie darować...

poniedziałek, 29 maja 2017

Niebo...(1)


Jakże często spotykamy się z poglądem, że niebo to eteryczne miejsce, gdzie ludzie unosić się będą niczym duszki, grając po całych dniach na harfach i polerując swoje aureole. 
Czy niebo będzie tak nudne i tandetne, jak to sobie niektórzy wyobrażają? 
Kogo dziś pociągałoby takie niebo? 
I tu chyba jednak nadmienić należy,  że taki wizerunek nie ma żadnego potwierdzenia w Piśmie Świętym. 
Takie wyimaginowane miejsce dla zbawionych może być tylko wymysłem szatana lub ograniczonego ludzkiego umysłu. 
Czy nie wydaje Wam się , że Bóg jest zbyt twórczy, aby zadowolić się taką monotonną wizją przyszłości? 
Rozejrzyjmy się dokoła... Nie ma dwóch jednakowych liści, takich samych płatków śniegu, palców o identycznych liniach papilarnych... Spójrz na zachód słońca, pomyśl o rozległości Kosmosu albo poczytaj o DNA... I pomyśl jak bardzo zdumiewający jest nasz świat...
A co, jeśli Bóg nie pokazał nam jeszcze wszystkiego na co Go stać??? CDN

sobota, 20 maja 2017

Moje watpliwości...

Dzisiaj miałam przyjemność uczestniczyć 
w I Komunii Świętej syna moich katolickich przyjaciół. Już na wstępie moje wątpliwości budził fakt wyznania wiary i przyjęcia Jezusa do serduszek tych małych dzieci. 
Pojawiło się pytanie, czy tak małe dzieci rozumieją, co tak naprawdę wydarzyło się dzisiaj... 
Śmiem twierdzić, że jednak nie, a już na pewno nie wszystkie dzieciaki z pełną świadomością przyjęły ten wielki dar. 
Ale zostawmy to... 
Kolejna sprawa to słowa kapłana: "Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: To jest bowiem kielich Krwi mojej nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów" .. po czym wino spożywa tylko sam kapłan... 
Tak zastanawiam się czy zebrani, wierni słuchają bez zrozumienia, czy może jest im obojętne, że nie mają pełnego udziału w tej ważnej chwili, kiedy to nie tylko spożywamy ciało Jezusa, ale także pijemy Jego krew (chociaż wedle moich przekonań, chodzi tu o symbolikę, a nie o przeistoczenie, jak to utrzymuje KK) 
Kapłan mówi jedno, a robi drugie. 
Dlaczego??? 
Przecież rozróżnianie ciała i krwi, to zasadnicza sprawa. Wino, które symbolizuje krew Jezusa jest na odpuszczenie grzechów. Chleb natomiast jest naszym uzdrowieniem, ponieważ jest symbolem Jego złamanego ciała, złamanego aby nasze mogło być w pełni zdrowe.
Myślę też, że takie male dzieci nie mogą w pełni uczestniczyć w pamiątce męki i zmartwychwstania Pańskiego (spożywaniu ciała i  krwi, a konkretnie mam tu na myśli wino), chociażby z uwagi na to, iż wedle prawa nie są pełnoletnie.  Być może to właśnie jest powodem spożywania jedynie chleba - opłatka. 
Jednak przyjmowanie Chrystusa pod obiema postaciami jest nakazem samego Pana.  I tenże sam Chrystus słowami Ewangelii mówi do nas – „Bierzcie i jedzcie... Bierzcie i pijcie”, i w innym miejscu „Kto spożywa Ciało moje i Krew moją pije, nie umrze...”. 
Trudno jest doszukać się jakiegokolwiek uzasadnienia katolickich praktyk w tej mierze.  
Nie rozumiem, dlaczego w czasie każdej Mszy wierni nie mogą otrzymać Chrystusa pod obiema postaciami? Skoro sam Chrystus jasno i jednoznacznie wypowiada się w tej sprawie, to wszystko, co jest ponadto nie może pochodzić od Boga.



czwartek, 18 maja 2017

Powołani?

Zupełnie nie  rozumiem dlaczego niektórzy ludzie uważają, że  w klasztorze mogą lepiej się modlić niż w ciszy własnego pokoju, własnej "komory". 
Nie wiem, w jakim celu zamykają się przed światem,  przed ludźmi,  którym powinni służyć Bożym Słowem. 
I tu chcę wspomnieć o Klasztorze Kamedułów "Jest to zakon pustelników, którzy żyją w całkowitym odosobnieniu od świata zewnętrznego. Zostali sprowadzeni do Krakowa, gdzie została im przekazana Srebrna Góra na Bielanach. Tam znajduje się ich kościół oraz dom pustelników. Reguła kamedułów jest bardzo surowa, dlatego coraz mniej osób decyduje się na wstąpienie do tego KLASZTORU. 
Zaczynają dzień od modlitwy. Modlitwa i praca przeplata się w ciągu całego kamedulskiego życia. Objęci są oni surową regułą milczenia. W wyjątkowych sytuacjach ta reguła zostaje zdjęta, np. choroba. Kameduli utrzymują się tylko z tego, co otrzymają od innych oraz z tego, co sami wyhodują przy swojej chatce".
Jaki cel ma taka izolacja? Z ust niektórych słyszę, że przecież Pan Jezus też przebywał na pustyni, więc mnisi, czy pustelnicy idą za Jego przykładem. I ja się tutaj nie zgadzam na takowe porównanie. Ja tu nie widzę analogii. Bo faktycznie Jezus nawet kilka razy udawał się na pustynię, ale nie uczynił z tego swojego stylu życia. On udawał się tam aby odpocząć, wyciszyć się, zaznać spokoju. Jednak zaraz potem działał, nauczał, uzdrawiał chorych i opętanych. I jak podaje Mk 1:32-33 "Całe miasto było u drzwi" Pracy było wiele, więc często dopiero nad ranem udawał się na miejsce pustynne i tam się modlił, tam odpoczywał w obecności Ojca. 
Jezus nie  izolował  się od ludzi,  przeciwnie On przede wszystkim był i żył wśród nich. 
I tego samego nauczał nie tylko apostołów, mówiąc "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem". Ew.Mat.28:19-20 
On nie nawoływał do zamykania się w odosobnieniu na cale życie. 
My mamy żyć  w świecie, bo tylko tu znajdują się nienawróceni, którym trzeba głosić Jezusa. W klasztorze ich nie ma. 
Zycie klasztorne to działanie wbrew naturze człowieka i nie ma się co dziwić, ze co i rusz słyszymy o niekończących się aferach z seksem  w tle.  
W Ewangeliach  też nie znajdziemy zachęty do życia monastycznego. Dopiero w III czy IV wieku pojawił się taki ruch w Kościele, jako odpowiedz na rozprzężenie duchowe ówczesnych społeczeństw. W zmiennych formach ruch ten trwa do dzisiaj.

sobota, 6 maja 2017

Seks ma zawsze swoją cenę...

Czy uprawiać seks przed ślubem? 
Myślę, że zdania na ten temat są podzielone... 
Proponuję obejrzeć wykład Marka Gungora, który w bardzo przystępny, a nawet zabawny sposób odsłania bardzo interesujące sprawy... 
Na pewno nie będziesz się nudzić i może w odniesieniu do swojego życia spróbujesz zastanowić się nad sensownością poruszanych kwestii... 
Polecam...


wtorek, 2 maja 2017

Stare przeminęło, a nastało nowe...

Świat pełen jest grzeszników, każdy człowiek już rodzi się z grzeszna naturą, a duchowa śmierć jest powszechnym stanem świata. Jedynie odrodzenie czyni nas całkowicie sprawiedliwymi. Jednak myśląc o odrodzeniu zaczynamy się wahać i zastanawiać jak to jest możliwe. 
Nowe narodzenie ma czynić nas świętymi? 
W czasach, gdy świętość zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla tych, którzy cierpieli dla Ewangelii, dokonywali cudów, albo przypuszczalnie osiągnęli wyższy poziom moralny niż przeciętny "Ktosiek" ?
Zdecydowanie wolimy nazywać siebie wiernymi, chrześcijanami czy też ludźmi zbawionymi. A przecież określenie " święty " oznacza uświęcony lub oddzielony, przeznaczony dla Boga. 
Dlaczego taką trudność sprawia nam przyjęcie swojej świętości  (sprawiedliwosci)?
 Przecież Bóg używa tych właśnie określeń, mówiąc o tych, którzy są w Chrystusie. 
Być może dzieje się tak dlatego, że zdajemy sobie sprawę z naszych niedociągnięć i porażek, dlatego jest nam trudno czuć się dobrze, używając tych słów w odniesieniu do siebie. 
Kiedy pojawiamy się na tym świecie, nasz akt urodzenia oznajmia, że pochodzimy z rodziny Adama, z urodzenia i  z natury, a to oznacza, że jesteśmy duchowo martwi. 
Przez upadek Adama i Ewy, rasa ludzka, począwszy od pierwszych potomków, rodziła się duchowo martwa, a tym samym oddzielona od Boga. 
Przeważnie nie zdajemy sobie sprawy, z tego iż w żaden sposób nie uda nam się samodzielnie sprawić,  abyśmy duchowo ożyli. 
Możemy starać się zmienić nasze postępowanie, ale żaden wysiłek nie uwolni nas z przynależności do rodu Adama i nie sprawi, że będziemy odtąd należeli do Chrystusa. 
Adam został stworzony na Boże podobieństwo, ale synowie Adama urodzili się podobni do swojego ojca. 
Grzech Adama przyniósł potępienie dla nas wszystkich i sami nie możemy tego zmienić. 
Jezus powiedział Nikodemowi, że każdy człowiek tak naprawdę potrzebuje ponownie się narodzić. 
Jezus nie mówił, że Nikodem ma bardziej się postarać, aby polepszyć styl swojego życia. Tu nie chodzi o poprawę zachowania przystrojoną przeważnie w religijne piórka. 
Jezus pokazuje, że Bóg chce zmienić naszą naturę. 
Skoro rodzimy się niejako w Adamie, musimy urodzić się w kimś innym, aby nastąpiła autentyczna zmiana. 
"Bo jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy zostają ożywieni" 1 Kor 15:22 
Kiedy przyjmujemy Jezusa, to nie oznacza to przyjęcia pewnej doktryny  i nie chodzi tylko o to, że w nagrodę wstąpimy do nieba. 
W chwili, kiedy dana osoba składa swoją ufność w dzieło dokonane przez Chrystusa, przechodzi swojego rodzaju operację. Kiedy otrzymujemy zbawienie, zostajemy wyciągnięci z rodu Adama i przeniesieni do rodu Chrystusa. Bóg wkłada nowego ducha do naszego wnętrza. Duchowo rodzimy się na nowo. Nasze stare "ja" zostaje wymazane.  W naszym duchu jesteśmy nowym stworzeniem. 
To Bóg zmienił naszą duchową lokalizację,przeniósł nas z miejsca w Adamie do miejsca w Chrystusie. 
Z powodu naszego początkowego umiejscowienia w Adamie, byliśmy tacy jak Adam. 
Przez umiejscowienie nas w Chrystusie, stajemy się tacy jak Chrystus. Otrzymujemy duchowe życie i stajemy się sprawiedliwi w oczach Boga. 
Jesteśmy połączeni ze zmartwychwstałym Chrystusem, który dzisiaj zasiada po prawicy Ojca.
"On nas wraz z Chrystusem przywrócił do życia i wraz z Nim umieścił nas na wysokościach nieba" Ef 2:6 
Nie pogrążajmy się zatem w naszej niskiej samoocenie,  radujmy się z faktu, że zostaliśmy cudownie oczyszczeni w Chrystusie. Cieszmy się, że odzyskaliśmy relację z Ojcem, bezpośrednią relację. 
Pamiętajmy też, że istotą Ewangelii jest to, iż  Jezus Chrystus uczynił nowym stworzeniem każdego,  kto w Niego wierzy. Stare przeminęło, a nastało nowe. 
Od tej pory Słowo Boże będzie nas przemieniać. 
Od złego do dobrego, od słabości do siły, od niepokoju do pokoju. 
Słowo pozwoli nam przemienić naszą duszę i odnowić nasz umysł, abyśmy umieli rozróżnić, co jest wolą Bożą, a co nią nie jest, aby w pełni korzystać z Bożego błogosławieństwa. 

czwartek, 27 kwietnia 2017

Nierozerwalność związku małżeńskiego...

Tekst jest w sumie takim nieco dłuższym komentarzem, odnoszącym się do jednej z wypowiedzi pod moim postem FAŁSZYWE OBJAWIENIA, a zatem jeśli nie do końca chwytasz o co chodzi, zajrzyj tam.

 Nie rozumiem dlaczego miałabym godzić doktrynę katolicką z moimi poglądami? Tym bardziej, że tego nie da się pogodzić. Wielokrotnie wypowiadałam się na temat wielu doktryn KK i jednoznacznie dawałam do zrozumienia, że to dla mnie tylko i wyłącznie dzieła ludzi, tworzone na użytek ludzi (a ściślej hierarchów tegoż kościoła)  
Faustyna głosiła Boże miłosierdzie i ja się akurat z tym jak najbardziej zgadzam. (Zaczęła dobrze, bo od Słowa Bożego, ale z czasem popadła w jakąś totalną egzaltację, co według mnie zaczęło już raczej graniczyć z obłędem) 
Małżeństwo to "Miłosne przymierze kobiety i mężczyzny" Malachiasz 2:14 Jednak takowe przymierze, jak każde inne może być zerwane. Jeśli jedna ze stron łamie warunki zawarcia tej umowy, to czy taki związek może się ostać??? Zerwane przymierze, to zerwane przymierze i kropka! Jeśli powiedzmy małżonek, zamiast troszczyć się o żonę, znęca się fizycznie czy psychicznie, zamieniając jej i dzieci życie w koszmar, to przymierze, które wspólnie zawarli zostało zerwane! Jeśli dochodzi do przemocy, nie wolno milczeć, bo wtedy dajemy przyzwolenie, aby zło szło dalej i głębiej. Jezus uczy aby wybaczać i modlić się za oprawców, no i wybacz, ale Slowo Boże też mówi:"Ale jeśli czynisz coś złego, to się bój: bo nie na darmo (władza,) nosi miecz; jest bowiem sługą Bożym, mścicielem dla wywarcia srogiego gniewu na dopuszczającym się zła" Rzym.13:4 co oznacza, że jeśli dzieje Ci się krzywda, to powołane do tego służby powinny reagować (policja, sądy, rządy) One mają obowiązek chronić tych, którzy cierpią, a ofiara nie może milczeć, tylko dlatego, że ktoś tam ustanowił nierozerwalność każdego (nawet chorego) związku małżeńskiego...Dla mnie najzabawniejsze jest to, że słowa te wyszły z ust ludzi żyjących w celibacie, którym obce są tragedie, które rozgrywają się w zaciszu czterech ścian niejednej rodziny. A może w myśl Biblijnych wersetów (które to KK przemilcza, bo tak jest wygodniej) warto by było odłożyc celibat do lamusa i własnym przykładem miłości małżeńskiej służyc wiernym??? Ale zostawiam to i wracam do tematu.
Dla mnie absolutnym punktem wyjścia jest to, że zanim dwie osoby zawrą przymierze małżeńskie powinni być w przymierzu z Bogiem. Jeśli kobieta i mężczyzna nie traktują poważnie przymierza z Bogiem, dlaczego mieliby traktować poważnie przymierze ze współmałżonkiem ? Jeśli Chrystus dla jednego z małżonków jest kimś obcym, jeśli mąż lub żona nic nie wiedzą o relacji Chrystusa z Kościołem, jak mogą mieć pojęcie o tym, czym jest małżeństwo? Dlatego Biblia wielokrotnie ostrzega lud Boży przed zawieraniem małżeństw z osobami, które nie znają Boga. Bo zobacz, w sytuacji, gdy jedna ze stron wierzy, a druga nie (chociaż byłaby naprawdę dobrym człowiekiem, akceptującym wiarę drugiej strony) to czy myślisz, że umieliby się porozumieć w kwestii wychowania dzieci w jednym duchu? Mnie się wydaje to raczej niemożliwe. 
Boże miłosierdzie, zakłada jednak wybaczenie człowiekowi, gdyż jak wiadomo nie zawsze my ludzie jesteśmy gotowi podporządkować się Bożym standardom. Popełniamy błędy, upadamy, ale Jezus już zapłacił cenę za wszystkie nasze upadki, dlatego możemy czuć się rozgrzeszeni, pod warunkiem, że rozpoczniemy to nowe życie już na Bożych zasadach. Pod warunkiem, że raz na zawsze odwrócimy się od zła jakie wcześniej wyrządzaliśmy, Tak to widzę...

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Fałszywe objawienia...

Nie jest moim zamiarem obrażanie uczuć religijnych kogokolwiek z zaglądających na mojego bloga, ale... 
No własnie... 
Zawsze pojawia się jakieś ale...
Dlaczego?
Dlatego, że ja przede wszystkim kupuję tylko to, czego uczy Biblia...
Kropka...
Dlatego wszelkie objawienia Maryjne budzą we mnie niepokój i wewnętrzny bunt. 

Mnie Biblia uczy, że żadne objawienie pochodzące od Boga nie może kolidować z tym, które zawarte jest na jej stronicach. 
Co to oznacza? 
Odpowiedź jest banalna, a mianowicie Duch Boży nie objawia wierzącym innych prawd wiary, jak tylko te, które wcześniej zostały przekazane przez proroków, Jezusa i Jego uczniów. 
Zatem jeśli Maria  przypisuje sobie atrybuty boskości i chce aby na jej cześć ustanowić kolejny dogmat, tym razem o jej zbawczych zasługach i pragnie aby proklamować ją jako współodkupicielkę świata, a w objawieniach w Medjugorje mówi: "Jedynie ja jestem w stanie zbawić was od nadchodzących klęsk. Jestem opoką pokoju i zbawienia", to ja mam pytanie: Po co przybył na Ziemię Jezus? 
W jakim celu?
Czyż nie On zbawił nas od naszych grzechów? (Mat.1:21) 
Czyż nie jest napisane w Słowie Bożym "i nie ma w nikim innym zbawienia, albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni"? (Dz.A. 4:12) 
Jezus raz cierpiał i raz na zawsze złożył jedną ofiarę za grzechy. Gdzie zaś jest ich odpuszczenie, tam nie ma już ofiary za grzech. 
Miriam, matka Jezusa nigdy nie wypowiedziałaby słów stojących w sprzeczności z naukami swojego Syna. 
Zastanówmy się chociaż prze chwilę...
Przystańmy... 
Bo albo Biblia nie jest prawdziwa, albo po prostu ludzie wierzący iż Maria z Nazaretu bierze udział w objawieniach nie są chrześcijanami. 
Biblia uczy, że i szatan może przybierać postać anioła światłości... 
I przybiera postać Marii... 
Tak łatwo zdemaskować  tego, który stoi za objawieniami, zdemaskować szatana, bo cuda same z siebie niczego nie dowodzą. 
Sam Jezus ostrzegał, że "powstaną fałszywi prorocy i czynić będą wszelkie znaki i cuda, aby, o ile można, zwieść i wybranych" Mt 24:24 
Trzeba czytać Pismo Święte, bo "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany".(2 List do Tymoteusza 3:16)

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Osobisty wykładowca Słowa Bożego...

Można mijać się z Bogiem przez całe swoje życie, zadając wciąż te same, nic nieznaczące pytania... 
- Czy Biblia jest zrozumiała? 
- Czy odpowiednio interpretowana?
- Czy jest spójna? 
No i cóż...biorąc pod uwagę światopogląd pytającego, odpowiedź może być tylko jedna:
- " Absolutnie nie!!! Każda denominacja interpretuje po swojemu! Prawidłowy i realny sposób analizy biblijnych tekstów jest niemożliwy!  Biblia jest niespójna i zagmatwana".
I tak bez końca... 
Po co pytać, skoro zna się jedynie słuszne odpowiedzi? 
Zabawne jest to, że najwięcej do powiedzenia na temat Słowa Bożego mają niewierzący... Zaciekle atakują Biblię, ale wcale nie chcą poznać prawdy, ich celem jest jedynie atak! (Szkoda, że tak późno to zrozumiałam, zaoszczędziłabym sobie niepotrzebnej pisaniny w próżnię)

Gdy czytam, że ten i ów prześcigają się w komunikowaniu jak to kilka razy przeczytali Biblię od deski do deski, natychmiast nasuwa mi się pytanie: No i co z tego wynika??? 
Chyba tylko to, że z uporem maniaka można potem powtarzać, że Biblia jest niezrozumiała i niespójna. 
Hmmm... 
Jeśli chodzi o mnie, to przede wszystkim wierzę, że Biblia jest natchnionym Słowem Bożym... 
I żeby była jasność - nie mówię tu o jakimś wycinku, jednej księdze, czy kilku wersetach. 
Cała Biblia jest pismem natchnionym!!! Bóg wpłynął na ludzkich autorów, aby dokładnie przekazali Jego każde słowo. 
Czytam ją i studiuję, ponieważ sprawia mi to przyjemność, daje mi radość obcowania z Bogiem... Ja nią żyję... Ona jest moją rzeczywistością...Każdy mój dzień jest podporządkowany SB... 
Ja nie korzystam z opracowań biblijnych...
Dlaczego??? 
Dlatego, że ja mam swojego osobistego, nieomylnego, wykładowcę - Ducha Świętego, który sprawia, że stopniowo, krok za krokiem rozpoznaję Boże tajemnice i nie dlatego, że jetem jakaś wyjątkowa... 
Ten wykładowca jest dostępny dla każdego!!! Dla mnie i dla Ciebie, dla wszystkich nowonarodzonych chrześcijan... 
Pozwólmy zatem Duchowi Świętemu aby nas prowadził, aby otwierał nasze oczy i aby otwierał nasze serca, gdyż bez prowadzenia Ducha Świętego, Biblia jest chlebem niejadalnym!

niedziela, 2 kwietnia 2017

I zapadła cisza...

Dzisiaj jakoś tak smutno zrobiło mi się na serduszku, ponieważ od mojego ukochanego tatusia usłyszałam kilka słów, które zabrzmiały jakoś tak  z pretensją w głosie:
- Córcia, porzuciłeś kościół katolicki, nie rozumiem tego. Porzuciłaś wszystko to, czego cię uczyłem, co zawsze kochałaś. 
- Nie czuję się tak, jakbym coś porzuciła. To jest raczej tak, że gdy znalazłam Jezusa, znalazłam wszystko. Ja wierzę, że zostałam zbawiona przez wiarę w Chrystusa, i jeśli uznaję Jego Słowo za ostateczny autorytet, to nie mogę tkwić w KK
-  Katolicyzm to też wiara w Jezusa.
-  Kościół Katolicki to zbawienie dzięki uczynkom i sakramentom oraz tradycji. Ja wiem, że ty żywisz do swego kościoła głęboki sentyment, ale ja nie uznaję  kościoła w sensie instytucji za dawcę życia duchowego. To nie kościół tworzy wierzących, ale wierzący tworzą kościół. To przecież łaską przez wiarę stajemy się żywym kościołem Chrystusowym. Chrzest niemowlat i pozostałe sakramenty to jedynie martwe uczynki, to zbędna obrzędowość, a wszechobecna tradycja odsuwa nas od pełni szczerej wiary, od prawdziwej, codziennej relacji z Jezusem. Gdybym pozostała w KK, to musiałabym iść na kompromis, a ja przecież nie uznaję papieża, nie uznaję różanca, czyśća, kapłanów, spowiedzi w konfesjonale,, mszy, niepokalanego poczęcia Marii i jej wniebowzięcia. Tego wszystkiego nie znajdziesz w Biblii. A ja pragnę podążać za Słowem Bożym, a większość doktryn katolickich, to zaprzeczenie tego Słowa.
- Czy rozumiesz to wszystko o czym mówię?
I zapadła cisza, na twarzy mojego taty zagościł smutek. Nagle dotarło do mnie, że na tym polu czeka mnie sporo do zrobienia, do przegadania, bo rozumiem, że trudno bedzie  zbudować nowy rzetelny fundament wiary, który tak bardzo odbiega od nauk KK

czwartek, 30 marca 2017

Bo jesteś Ty...


Bo jesteś Ty...
Doświadczam Twojej obecności.
Otwieram się na  Twoje Słowo,
opuszkami dotykam Twojej mocy.
Rozumiem ulotnie...
Pojmuję nienamacalnie...
Wypowiedziałeś imię moje...
słyszałam...
Tak po prostu użyłeś słowa...
Słyszałam,
znasz mnie...
Na dłoniach swoich mnie wypisałeś
i nigdy nie zapomnisz...
Badasz wrażliwość mojego serca.
Z głębi ducha mojego
wysyłasz mi powiew,
tchnienie...
drżenie...
Teraz już wiem,
teraz już czuję...,
że jesteś Ty....

sobota, 25 marca 2017

Aktywuj swoje chrześcijaństwo...


Jezus głosił i uzdrawiał chorych, ale żniwo było wielkie, a pracowników mało, więc powołał dwunastu i nakazał im głosić Ewangelię i uzdrawiać chorych. 
Oni czynili to z sukcesem, ale żniwo w dalszym ciągu było wielkie a pracowników mało. 
Przywołał więc kolejnych siedemdziesięciu i polecił im głosić Ewangelię i uzdrawiać chorych, jednak żniwo ciągle było wielkie, a robotników mało. 
Nakazał więc im: "Idźcie i czyńcie uczniami wszystkie narody, aby głosili Ewangelię i uzdrawiali chorych".
Teraz więc my, chrześcijanie jesteśmy powołani by głosić Ewangelię i uzdrawiać chorych. 
To sprowadza się do prostej rzeczy - do wiary. 
A czym jest wiara? 
Wiara jest posłuszeństwem wobec Słowa Bożego, wobec nauczania Jezusa. 
Jeśli mamy wiarę aby uwierzyć w zbawienie, mamy też wiarę aby uzdrawiać chorych. Budujmy na Słowie Bożym, a ono mówi, że Jezus umarł nie tylko za nasze grzechy, ale także za nasze choroby i słabości. 
On zapłacił już cenę. 
Żadna niemoc nie ma prawa panować nad Twoim i moim życiem. 
Idź uzdrawiaj chorych i módl się za nich, a Duch Święty będzie działał... 
Aktywuj swoje prawdziwe chrześcijaństwo, bo do tego powołał Ciebie i mnie Jezus... bo żniwo jest wielkie...a robotników ciągle mało...

wtorek, 21 marca 2017

Oczy szeroko zamknięte...

Niedziela za niedzielą idziemy do kościoła odświętnie ubrani... 
W jakim celu tam idziemy? 
Aby wykonać religijne czynności, powtarzalne rytuały. Tak trzeba i basta... Pierwsze budynki - kościoły zapoczątkował KK...Pierwsi chrześcijanie nie mieli kościołów... 
Gdzie w takim razie łamali się chlebem? Odpowiedź jest rozbrajająco prosta. 
Czynili to w domach...
Świątynia to nie budynek... To my, nowo narodzeni jesteśmy światynią, to w naszym duchu, Duch Boży ma  swoje mieszkanie. 
Dla mnie życie z Bogiem to codzienność...Nie chcę ograniczać Boga jedynie do niedzieli, czy do konkretnego budynku.... Ja przebywam z Nim na co dzień.... Bezzmiennie we wszystkie dni tygodnia. Niepotrzebny mi jest budynek kościelny, gdyż Bóg mieszka we mnie i we wszystkich nowo narodzonych wierzących, stanowiących Chrystusowy kościół, ciało Jezusa, gdzie On sam jest najwyższym kapłanem. Nie ma znaczenia gdzie spotykają się wierni.  Żyć sprawami Bożymi można wszędzie...
Jednak nie wszyscy podzielają ten pogląd. W każdej denominacji dostaniesz nie jakoby wzorzec chrześcijańskiego życia. Każda denominacja uważa, że to ona zna najprawdziwszą, jedyną prawdę. Myślisz sobie, tak to jest to, jestem w odpowiednim miejscu.... 
Siedzisz latami w kościelnych ławach, ale nadal nie wiesz jak uzdrawiać chorych, jak wypędzać demony, jak prowadzić innych do Boga i tak z dnia na dzień Twoje chrześcijańskie oczy zaczynają się zamykać na realność duchowego życia w Bożej mocy...Pozostaje jedynie religijność, obrzędowość, no i oczywiście tradycja....czyli wszystko to,  co potępiał i z czym zmagał się Jezus...
I tu nasuwa mi się pytanie: Czy taki kościół budował Jezus? Kościół z kamieni, z papieżem, z księdzem, z mszą św. ? Chyba jednak nie! On budował z żywych cegieł, On pracował i pracuje nadal w ludziach, Żywe ciało Chrystusowe jest Jego kościołem, jest jedyną Bożą świątynią... My chrześcijanie mamy przede wszystkim działać w mocy Ducha Świętego dla dobra wszystkich, a nie skupiać się na wykonywaniu religijnych obrzędów.

"Jezus powiedział do swoich apostołów: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie." Mat. 10:7-12


niedziela, 12 marca 2017

Refleksja...

Często spieramy się w kwestii wiary... 

Co do interpretacji biblijnych wersetów także nierzadko  mamy odmienne zdania...

Ale czy naprawdę powinniśmy być ekspertami w dziedzinie teologii??? 

Może raczej ponad wszystko powinniśmy na co dzień doświadczać Boga żywego...