Google+ Followers

czwartek, 31 sierpnia 2017

Niespodziewany prezent od Boga ?

Tematyka jaką poruszę dzisiaj, zaowocowała już moim wpisem w komentarzach na blogu Asmodeusza.  Pomyślałam jednak, że tu u mnie także pozostawię ślad moich dociekań. 
Żeby jednak dojść do sedna, spróbuję chociaż pokrótce prześledzić sam rozwój kory mózgowej, czyli cofnąć się do pierwszych miesięcy po urodzeniu, gdzie ilość połączeń neuronalnych naszego mózgu jest niewielka, gdyż reprezentują one jedynie te najbardziej podstawowe potrzeby, aby dziecko mogło jedynie zafunkcjonować w otaczającym świecie. Od tego momentu mamy do czynienia z szybkim przyrostem połączeń neuronalnych, aby w wieku 4-5 lat osiagnąć największy potencjał. Czterolatek interesuje się wszystkim dokoła, chłonie informacje w sposób właściwie absolutny (dlatego zabawa w czytanie we wczesnym dzieciństwie to prezent na całe życie) 
Niestety, owy błyskawiczny przyrost kończy się ok 5 roku życia. Bariery biologiczne sprawiają, że w rozwoju połączeń neuronalnych, nie możemy już pójść dalej, przy czym sam proces tworzenia się kory mózgowej ciągle trwa, mimo że bez przyrostu połączeń neuronalnych. Mało tego, zaczyna się wręcz lawinowa ich wycinka (zanikanie) 
Jak wiadomo, dzieje się tak ponieważ mózg zużywa aż 50% energii, jaką organizm dziecka jest w stanie wyprodukować, a przecież dziecko musi dodatkowo rosnąć. Konieczność posiadania dorosłego ciała sprawia, że nie nie jest ono w stanie wyprodukować większej ilości energii, żeby utrzymać dalszy rozwój kory mózgowej przy jednoczesnym wzrastaniu. No i cóż, w kontekście biologicznym, trzeba zrezygnować z 50%-80% połączeń neuronalnych w korze przedczołowej. Każdego dnia więc zanikają  połączenia miedzy poszczególnymi częściami systemu przetwarzającego informacje. 
Ta lawinowa wycinka kończy się między 17 a 21 rokiem życia. I tu możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nastolatki zachowują się często nieracjonalnie. Nie może być inaczej, skoro niektóre nabyte wzorce po prostu zanikają poprzez ich "wycinkę". Dzisiaj jeszcze są, a jutro już może ich nie być. (Dlatego,  10-20 razy powtarzamy coś nastolatkowi, a on i tak zrobi to, co w danej chwili uważa) 
Gdy kończy się okres wycinania połączeń, kora mózgowa osiąga stan względnej stabilizacji. Objawem tego stanu jest kontrola nad podejmowaniem decyzji, nad planowaniem, do głosu dochodzą nasze zdolności umysłowe. 
Równolegle (od momentu narodzin) następuje drugi proces. Włókna nieustannie otaczane są kolejnymi warstwami osłonki mielinowej, aby tempo i precyzja przekazu informacji w tych włóknach rosła. Trwa to do ok. 35-40 roku życia. Teraz mamy już dojrzałe poszczególne partie kory mózgowej, a komunikacja między nimi jest maksymalna. Wydawałoby się, że proces rozwoju kory mózgowej dobiega końca, ale nic badziej mylnego, ponieważ system stale przetwarzajacy informacje, musi jeszcze się sam siebie nauczyć, utrwalić pewne wzorce. I tu, pora aby odpowiedzieć na pytanie: Kiedy wreszcie nasze mózgi są w pełni dojrzałe? Odpowiedź może zadziwić, gdyż w pełni zoptymalizowane i sprawne mózgi mamy ok. 50 roku życia. Biorąc pod uwagę rynek pracy, głupotą jest stopniowe odstawianie 50-latków na boczny tor, raczej powinno się wykorzystywać ich najwyższy z możliwych potencjał. Ale zostawmy to...
Powtorzmy, że ok 50 roku życia nasze mózgi są w pełni dojrzałe, a proces mielinizacji jest zakończony (najgrubsza kora mózgowa)
Chciałabym pójść trochę dalej i rozważyć tę informację z punktu widzenia ewolucji. 
Przyjmując założenie, że gdy nasze mózgi, jako elementy ciała zostały wytwarzane na poziomie ewolucyjnym, żyliśmy średnio 35-37 lat. Czyli nikt, albo prawie nikt w tych populacjach, o których mowa, nie miał w pełni zoptymalizowanego mózgu (a więc nie mógł używać go w pełnej postaci) Dopiero od połowy XX wieku, w Europie zaczęlismy żyć  średnio dłużej niż 50 lat. Oznacza to, że w pełni rozwinięty mózg osoby dorosłej nie jest produktem ewolucji, gdyż jego cechy nie wynikają z systemu przystosowawczego, ponieważ nie mogły być "widziane" przez dobór naturalny (wtedy ich zwyczajnie jeszcze nie było) Są rodzajem prezentu. Od kogo? To już jest kwestia światopogladowa. 

Asmodeusz na swoim blogu cytuje spostrzeżenia naukowców, zamieszczone na łamach naukowego pisma JOURNAL OF THE AMERICAN MEDICAL ASSOCIATION ( JAMA) PSYCHIATRY Naukowcy podają, że  "grubość i struktura kory mózgowej ma związek z duchowością osoby, do której należy. Im grubsza kora, tym bardziej podatny na wpływ religii mózg" 
Grubość i struktura kory mózgowej w odniesieniu do optymalnej grubości osłonki mielinowej, która jak pisałam wyżej pojawiła się jakby znikąd. (Nie może być produktem ewolucji)  może być natomiast podarunkiem od Boga. 
Wszystkie znaki na niebie i na ziemi pokazują nam, że żyjemy w czasach końca. Być może Bóg kolejny raz wyciąga do nas rękę , wyposażając nasze mózgi w coś, co pomoże nam lepiej rozpoznać Jego obecność, sprawić, że będziemy bardziej podatni na Boży rodzaj życia. Bóg wie co robi, dokładając wielu starań, aby przyciągnąć do siebie więcej zagubionych dzieci...

piątek, 25 sierpnia 2017

Wiesz Basieńko...

Zanim przejdę do sedna, chciałabym zdradzić, że autorem tego pięknego (użyczonego) zdjęcia tu po lewej, a i mnóstwa innych równie odlotowych, jest Wojciech Gotkiewicz - fotograf przyrody. 
Wklejam link do bloga artysty: http://wojciechgotkiewicz.blogspot.com/ 
Zajrzyjcie koniecznie, bo naprawdę jest czym zachwycić oko i duszę...
Nie bez kozery wybrałam właśnie to zdjęcie...hmmm...
Jest ono dla mnie bardzo wymowne...

...Wiesz Basieńko, dzisiaj strasznie rozbolała mnie głowa. Miewam raz na jakiś czas okrutne bóle migrenowe. Nie życzę tego nikomu, ponieważ ból wyłącza człowieka na jakieś dwa, trzy dni z życia. W moim przypadku pulsujący ból, raz w jednym oku, raz w drugim jest nie do zniesienia. Przeszkadza mi wtedy światło i jakiekolwiek dźwięki. Zamykam się w ciemnym pokoju, faszeruję tabletkami przeciwbólowymi i czekam, aż mi przejdzie... 
Niestety zazwyczaj nie przechodzi, albo ulga jest jedynie chwilowa. Niczym narkomanka pochłaniam kolejne pigułki, potem następne i kolejne i nastepne... Oczywiście, nie trudno się domyślić, że żołądek po kilku godzinach zaczyna się buntować i do uporczywego bólu dochodzą jeszcze wymioty, które meczą mnie przez dłuższy czas... Po trzech dniach męki, wracam do życia... 
Dzisiaj jednak było inaczej... Rankiem, gdy tylko otworzyłam oczy, poczułam ten nieprzyjemny ból głowy, który nasilał się z każdą minutą. 
-Jeny! Znowu się zaczyna! - pomyślałam z trwogą, gdyż dokładnie przecież znam dalszy rozwój sytuacji. 
Jednak dzisiaj było inaczej...
Zapewne Duch Święty podsunął mi myśl: "Jezus poniósł na krzyż wszystkie nasze choroby", żebyś ty była zdrowa, choroba nie ma mocy w twoim życiu.
Ja w to wierzę, wierzę w to z całego serca...I natychmiast przypomniałam sobie słowa Jezusa Marek 11:23 "Zaprawdę powiadam wam: Ktokolwiek by rzekł tej górze: Wznieś się i rzuć się w morze, a nie wątpiłby w sercu swoim, lecz wierzył, że stanie się to, co mówi, spełni mu się".
Pierwszy raz w życiu z całą mocą wykrzyczałam do migreny (do mojego problemu, czyli do "góry")
-W imieniu Jezusa, wynocha z mojego życia! Jesteś tutaj nielegalnie. 2000 lat temu ranami i sińcami Jezusa zostałam uzdrowiona!
Oczywiście, już po chwili badałam moimi zmysłami, czy zadziało się wedle moich słów. 
I co się okazało?
- Nic się nie zmieniło, ból jak trwał, tak trwa dalej...
Postanowiłam więc zignorować moje odczucia. Skoro Jezus poniósł nasze dolegliwości na krzyż, to w moim duchu wierzę w to bezgranicznie i bezwarunkowo. Zabrałam się za domowe porządki i już po chwili stwierdziłam, że ból ulotnił się jak przysłowiowa kamfora. 
Jest godzina 21:57, a ja jestem uwolniona od bólu...
-Pan jest wielki! Dziękuję Ci Jezu za Twoje dzieło krzyża, w którym jest moje uzdrowienie!
Jezus przyprowadził nas do Ojca, przekazał prawdę w swoim słowie, abyśmy mieli życie. Imię Jezus rzuca na kolana wszelkie nasze boleści i troski, a Jego słowo jest dla mnie jedynym autorytetem. 
Trzeba przyjąć tę duchową prawdę, a będziemy oglądać fizyczne jej efekty. Jak człowiek myśli w sercu swoim, taki jest...
My nie jesteśmy z tego świata, dlatego w duchu przyjmujemy prawdę Słowa Bożego, aby mogła ona wybrzmieć w fizycznym uzdrowieniu.
Jan 8:31-32
 "Wtedy powiedział Jezus do Żydów, którzy Mu uwierzyli: "Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli"
Od dzisiaj tą drogą zamierzam kroczyć, wsłuchując się w Słowo Jezusa i przyjmując je jako prawdę nadrzędną... A Ty Basieńko zrób z tym, co zechcesz...



poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Choroba nie jest od Boga...

Zastanawiam się dlaczego tak często słyszymy, że choroba przychodzi od Boga. Niejednokrotnie ludzie mówią, że choroba jest naszym krzyżem, który trzeba nieść. Podpierają się tutaj wersetem z Pisma:  
Mar.8:34 "Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje".  
Jednak myślę, że trzeba skonfrontować takie myślenie z kontekstem wypowiedzi Jezusa, bo widzimy w kolejnym wersecie, że Jezus nie mówi tego w odniesieniu do choroby (z resztą Jezus nigdy nie chorował, a zatem jak możemy naśladować Go w chorobie?)
Mar. 8:35 "Kto chciałby duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla Ewangelii, zachowa ją" 
On mówi to w kontekście niesienia Ewangelii. Mówi tu o prześladowaniu chrześcijan ze względu na wiarę w Niego. Tylko takie cierpienie może być udziałem chrześcijan i tylko o takim cierpieniu jest tu mowa.
Jezus podczas ziemskiego życia, uzdrawiał chorych, uzdrawiał każdą słabość. On reagował gniewem na chorobę. Był bezkompromisowy jeśli chodzi o chorobę. Nie było ani jednego człowieka, którego odesłałby ze względu na chorobę. On nigdy nie powiedział "Musisz jeszcze pocierpieć, żeby coś dobrego z tego wyszło" 
Bóg nie zsyła na człowieka chorób. "Tylko złodziej przychodzi by kraść, zabijać i niszczyć" Żadna choroba nie jest z Boga. To człowiek wpuścił chorobę na świat. Poprzez grzech, śmierć i choroba weszły na świat. Przez tysiące lat grzech ewoluował,  śmierć się rozprzestrzeniała, jest coraz więcej chorób, a człowiek żyje krócej niż na początku (Noe żył 900 lat, Mojżesz 120 lat) 
Teraz w Nowym Przymierzu zmieniła się pozycja człowieka, ponieważ Bóg w Chrystusie cały świat ze sobą pojednał. A łaska Boża jest zbawienna dla wszystkich. Wolą Bożą jest życie, a zdrowie zawiera się w życiu. 
Jezus nasze grzechy i choroby poniósł na krzyż,tym samym wyprowadził jeńców na wolność. Uratował ich od konsekwencji grzechu - od choroby,  od śmierci. Jednak tylko nieliczni opuścili  więzienną  celę i poszli za nim. Pozostali dalej tam tkwią, mimo że Jezus pozostawił drzwi szeroko otwarte i podarował im mapę drogi do Niego.
Wszyscy, którzy poszli za Nim, mają życie, a jeśli życie to i zdrowie. Cała jego działalność na ziemi pokazuje nam, jakie jest stanowisko Boga względem choroby i śmierci.  Boża wolą jest aby każdy człowiek był uzdrowiony. Pismo w wielu miejscach pokazuje nam, że każdy kto do Jezusa przyszedł był uzdrowiony.
W duchu każdego nowonarodzonego w Jezusie, mamy umieszczoną cala pełnię odkupienia ( przebaczenie, uzdrowienie, uwolnienie)  Uzdrowienie jest uzewnętrznieniem przekazu Ducha, przekazu z wewnątrz nas na zewnątrz. Każdy NN jest kanałem , przez który działa Duch Święty - Boży Duch Święty. 

Jezus Chrystus przyszedł aby pojednać człowieka z Bogiem, a grzech stał na drodze do tego pojednania. Uwolnił nas od grzechu i jeśli w Niego uwierzymy to także dokonuje się nasze zbawienie od wszelkiego złego. 
Zatem jeśli wierzymy, to nasza wiara nas zbawia. Jeśli wierzymy to nasza wiara nas ratuje. Jeśli wierzymy, to nasza wiara nas uzdrawia...

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wypoczęłam...

Wypoczęłam... Naprawdę wypoczęłam...
Może dlatego, że tu jest tak spokojne i odludne... 

Malowniczo położona wieś na Kaszubach...
Maleńki punkcik na Bożej mapie świata...

Przysłaniam dłonią oczy, by spojrzeć na niebo...
Wzdycham...
Upajam się zapachem świeżo skoszonej trawy...
Chłonę całe to piękno...
Rozchylam ramiona...
Próbuje zagarnąć ten obraz, położony przede mną ...

"Pan, który stworzył Ziemię i uczynił ją, utwierdził ją; a nie stworzył, aby była pustkowiem, lecz na mieszkanie ją stworzył" 
„I pobudują domy, i będą w nich mieszkać, zasadzą winnice i będą spożywać ich owoce..." Iz.45:18 ; 65:21



Dzień się budził leniwie...A ja z kubkiem świeżo zaparzonej kawy, podążałam nad jezioro 
(2 minuty drogi) 
Zasiadałam na pomoście i oddawałam się czytaniu ulubionej książki...
Kto zna chociaż odrobinkę moje zwyczaje, wie o jakiej mowa... 
A dokoła cisza... ani żywego ducha... Tylko ja, moje myśli i On...
Kocham takie chwile...
Ładuje akumulatory na cały dzień...



 Trochę pływania, odrobinę plażowania, ale najpiękniejsze jest to, że nie ma tłumów...
Dzikie miejsce można by rzec... Ludzie jeszcze nie odkryli jego uroków...
Mieszkańców wsi coraz mniej, bo młodzi wybywają do miast za pracą...







Aż szkoda, że lato w Polsce jest takie krótkie...
Jednak fajnie jest poczuć, że jest takie miejsce na Ziemi, gdzie można się zaszyć i w ciszy odpocząć od codziennych spraw...


Świeże jaja i przepyszny twaróg, kupuję tu na miejscu u gospodarza - sąsiada... 
Grzanka z masłem, plastrem twarogu, polana miodem... 
To moje ulubione śniadanie...Mmmm...



Jagodzianki smakowały zupełnie inaczej, pewnie dlatego, że jagody osobiście prosto z lasu przyniesione... :)



Wieczorową porą, gdy życie zamiera w błogiej ciszy, a z nad stawku dochodzi jedynie rechot żab z kubkami herbaty przysiadamy przed domem i po prostu oddychamy...
Wgapiamy się w niebo... 
Porządkujemy myśli...( jak mawia mój małżonek)
To jest nasz czas...Nasz czas tu na Ziemi...


Dziki stawek... 
To stąd dochodzi żabi rechot...
To tu rozkładają swoje liście i kwiaty nenufary...
Uwielbiam przechadzać się wzdłuż brzegu, gdzie żabie rodziny wygrzewają się w słońcu. Gdy słyszą, zbliżającego się intruza (czyli mnie ) jak na komendę wskakują do stawu....
To niesamowity i zabawny widok... Są ich dziesiątki, a może nawet setki... 
Jedna po drugiej, jak z katapulty wpadają do wody... 
Stali mieszkańcy naszego zacisza...


Motyle... delikatna Rusałka Pawik... 
Wszędzie ich pełno...
Cieszą oko...
Można jedynie wzdychać, podziwiać i uwieczniać na fotkach....



piątek, 11 sierpnia 2017

Odrobina spokoju...

Dzisiaj, zostawiam cały ten miejski zgiełk i robię sobie kilkudniowy wypad na łono natury. 
Zamierzam zażywać kąpieli w moim ulubionym jeziorku (mam takie ukochane miejsce na Ziemi, ale nazwy póki ci nie zdradzę...) 
Powystawiam "styrane  członki" na zbawcze działanie promieni słonecznych... 
Tak mało mi w tym roku tego lata, bo przynajmniej tu na Pomorzu dominuje raczej deszcz... 






środa, 9 sierpnia 2017

...A On miał dla mnie życie wieczne...

Zanim przyszłam do Jezusa, nie znałam Boga, nie czytałam Biblii, nie modliłam się. 
Nie uczyniłam niczego, żeby mu się spodobać,  a On miał dla mnie życie wieczne. 
Ja osobiście nie zrobiłam nic...  jedynie odpowiedziałam wiarą, że jest to dla mnie dostępne... 
Ogromna część chrześcijan przyjmuje zbawienie jako ratunek od piekła.  Przychodzimy do Boga, ustanawiamy Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela, wierzymy w to,że umarł w ciele za nasze grzechy, że zmartwychwstał, że zesłał swojego Ducha Świętego. 
Wierzymy, że zostaliśmy usprawiedliwieni z łaski przez wiarę. 
I co znamienne, przyjmujemy zbawienie jako ratunek od piekła, gdzieś tam w dalekiej przyszłości. 
Ale zbawienie to nie tylko ratunek od piekła. Zbawienie to także życie wieczne. Zbawienie to cała obfitość Bożej łaski względem nas, czyli uzdrowienie, uwolnienie, błogosławieństwo, pomyślność , obfitość. 
Łatwiej jest wierzyć w to, że zbawienie jest ratunkiem od piekła,  niż np. w to że Bóg chce ciebie uzdrowić. Zapominamy, że w zbawieniu kryje się też całe Boże błogosławieństwo także tu na ziemi. Tak mówi Pismo. 
Boża łaska jest ogromna i niezmierzalna, ale my możemy doświadczać jedynie tego, w co wierzymy. 
Po życiu ludzi rozpoznajemy, w co wierzą. Zapominają, że "Upodobało się się Ojcu naszemu dać nam Królestwo"  (Łukasz 12:32 ) 
Przypomnijmy sobie co się działo, gdy pierwszy kościół dowiedział się o tym, kim jest Mesjasz. Apostołowie z automatu weszli w mocy Ducha Świętego w doświadczanie tego wszystkiego, do czego Jezus ich powołał. Oni nie mieli żadnych blokad przed uzdrawianiem czy uwalnianiem.  Piotr był tak świadomy Chrystusa w nim,  że gdy przechodził, to jego cień uzdrawiał. Dlaczego? Oni wierzyli w słowa Jezusa:
(Jan 14:12)" Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca." 
Rozejrzyj się, mija 2000 lat, a my ograniczyliśmy zbawienie jedynie do ratunku od piekła. Ludzie nie doświadczają tego, co Bóg ma dla nich, bo rozumieją, że zbawienie jest jedynie ratunkiem od śmierci. 
Tak, jest ratunkiem od śmierci, ale także od śmierci w każdej dziedzinie Twojego życia. Jezus powiedział: 
(Jan 10:10)"Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie, i miały je w obfitości". 
Wiara jest tu słowem kluczowym. Wiara jest ze słuchania, a słuchanie przez słowo Chrystusowe. 
Jakże często modlimy się: "Panie zadziałaj,  Panie uzdrów,  Panie pomóż, Panie podnieś mnie". - On już to zrobił!  On już to dla ciebie zrobił, zapewnił przez swoją łaskę.  
Łaska Boża jest dostępna. Nic nie zrobiłeś, nie zasłużyłeś, a Bóg cię zbawił. Bóg zbawił ciebie z łaski, przez Twoją wiarę. A wszystko dlatego, że ON chce ci błogosławić. Mimo, że ty nie zasłużyłeś na nic, ale Jezus zasłużył na wszystko. 
A ty przecież w Nim chodzisz, za darmo z łaski przez wiarę. Nie ma już Twojego starego życia, jest teraz nowe życie w Nim. I to jest ta Dobra Nowina

czwartek, 3 sierpnia 2017

Kościół mój ... cz.1

Zielonoświątkowcy to druga na świecie co do wielkości społeczność chrześcijańska, licząca 600 milionów wyznawców. 
Absolutnie nie można nas mylić z wyznaniem Świadków Jehowy, gdyż jest to zupełnie inna grupa wyznaniowa, która przez wszystkie Kościoły chrześcijańskie, w tym Kościół Rzymskokatolicki i Zielonoświątkowy, nie jest uznawana za chrześcijańską. Kościół Zielonoświątkowy, to kościół protestancki, na czele którego stoi Pastor (łac. pasterz), któremu jak wiadomo Pismo Święte nie zabrania zakładania rodziny w myśl  1Listu do Tymoteusza 3:1-13 
"Prawdziwa to mowa: Kto o biskupstwo (biskup czyli z Łac. nadzorca, pastor, ksiadz) się ubiega, pięknej pracy pragnie. Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, umiarkowany, przyzwoity, gościnny, dobry nauczyciel, Nie oddający się pijaństwu, nie zadzierzysty, lecz łagodny, nie swarliwy, nie chciwy na grosz, Który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, Bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży? "
Jak widzicie Biblia nic nie mówi na temat celibatu, wręcz przeciwnie - Słowo Boże pochwala małżeństwo i zakładanie rodziny w kontekście prowadzenia posługi duszpasterskiej.
A gdyby ktoś zastanawiał się z jakiego przekładu Biblii korzystamy, to ja osobiście najczęściej korzystam z Biblii Warszawskiej, Biblii Gdańskiej, a także Biblii Tysiąclecia (tzw. katolickiej) W/w wersety znajdziesz oczywiście w każdym z podanych przeze mnie przekładów PŚ.
Jak już pisałam pastor, czy w większych zborach (kościołach) pastorzy, zakładają rodziny, wychowują dzieci i co się z tym wiąże tak jak pozostali wierni borykają się z różnego rodzaju problemami natury finansowej, relacji małżeńskich, czy tymi związanymi chociażby z wychowaniem dzieci. Nie mieszkają na przykościelnej plebanii (jak ma to miejsce w KK), ale tak jak każdy z nas samodzielnie muszą się zatroszczyć o lokum dla swojej rodziny. Pastorzy przeważnie pracują zawodowo i jednocześnie prowadzą posługę duszpasterską. Oprócz szeregu obowiązków związanych z prowadzeniem  kościoła, muszą także dbać o swoich najbliższych. Stwarza to zdrową atmosferę i sprawia, że z większą wyrozumiałością pochylają się nad problemami wiernych. 
W przypadku gdy Zbór jest dość spory, jeden z pastorów zajmuje się jego nadzorowaniem, aczkolwiek, nie ma większego autorytetu w podejmowaniu decyzji aniżeli pozostali.
Pomocą pastorowi służy wyłoniona spośród  wiernych rada parafialna, jednak wpływ na to, co dzieje się w Zborze ma każdy zborownik. Raz w roku wierni informowani są o stanie finansów Zboru, podejmują też decyzję związane z wydatkami na najbliższy rok oraz współustalają plan nabożeństw, włączywszy pożądaną tematykę. 


wtorek, 1 sierpnia 2017

Papież Franciszek - światełko w tunelu...

Jak wiadomo, nie jetem fanką KK, ale obecny papież wzbudza moje pozytywne emocje. Być może dzięki niemu wreszcie KK odzyska zaufanie tych wiernych, którzy już dawno opuścili jego szeregi bacząc na zepsucie, które drąży duchowieństwo. 
O czym mowa? 
Otóż sam zwierzchnik KK - Franciszek użył zdecydowanych słów, mówiąc o pedofilii w Kościele Katolickim:
- "Jak Jezus użyję kija przeciwko księżom pedofilom" Nazwał ją też trądem"
Natomiast niektórzy wierni nabierają wody w usta i jedynie zdobywają się na stwierdzenie "Ksiądz też człowiek, może błądzić"  Oczywiście, że ksiądz też człowiek i może błądzić, ale w takim razie tak, jak każdy człowiek powinien być postawiony przed sądem i odpowiadać za swoje czyny, a nie chować się za drzwiami Watykanu albo w innej parafii. 
Może już czas aby wierni KK zaczęli mówić jednym głosem w sprawie księży, którzy nie zachowują się, jak na prawdziwych duszpasterzy przystało. Milczenie jest zgodą na trwałość haniebnych procederów. 
Zachodnie kraje już 30-40 lat temu zaczęły na dobre rozprawić się z problematyką pedofilii wśród duchowieństwa. W Polsce jest to jeszcze ciągle temat TABU
Krzywdzone są bezbronne, ufne dzieci, ale l
udzie przestają nabierać wody w usta, dopiero wtedy, gdy krzywda spotyka ich osobiste dzieci, natomiast już w odniesieniu do dzieci sąsiada - niekoniecznie...
Bardzo mnie dziwi, że często społeczność KK usprawiedliwia swoje zaniechanie względem  patologicznej działalności księży wersetem z Pisma Świętego Mat.7:1 "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" - Z tym, że tu nie o sądzenie chodzi (sądzenie zostawmy  sądom i Panu Bogu) 
Tu raczej mowa o ocenianiu, do którego każdy myślący człowiek ma prawo i powinien z tego dobrodziejstwa korzystać. 
Papież Franciszek nie tak dawno orzekł, że skala pedofilii wśród księży jest porażająca. Jeśli wierzyć papieskim ekspertom, na całym świecie jest to liczba 8260 księży pedofilów, czyli statystycznie na Polskę przypada ok 570. Dodaj sobie do tego jeszcze alkoholików, homoseksualistów czy rozpustników. Robi się już z tego ogromna armia duchownych, którzy na pewno nie stanowią dla wiernych wzoru do naśladowania. 
Mnie osobiście zasmuca i przeraża ta masa księży, którzy z Bogiem na ustach krzywdzą bezbronne dzieci, czym dają jednocześnie obrzydliwe świadectwo o Bogu. Wszak my wierzący jesteśmy Bożą świątynią, jesteśmy żywym budulcem domu duchowego. Poprzez nasze życie Pan Jezus Chrystus chce mieć sposobność objawienia Samego Siebie tym, którzy żyją wokół nas. My swoim postępowaniem mamy dawać świadectwo o Nim, księża też (a może raczej księża przede wszystkim)
Mam wielką wiarę w to, że papież Franciszek, "step by step" będzie konsekwentnie czynił   to, co uczynić powinien zwierzchnik KK  wobec skażonych pedofilią duchownych.
Pozwolę sobie zacytować Jego niedawną wypowiedź w tym względzie:

 - "Nie ma miejsca w posłudze Kościoła dla tych, którzy dopuszczają się wykorzystywania seksualnego nieletnich. Zobowiązuję się, że nie będę tolerował krzywdy wyrządzonej przez kogokolwiek nieletniemu, niezależnie od jego stanu duchownego"

Zamieszczam wersety Pisma Świętego, do których jak widać głęboko odniósł się w swojej wypowiedzi papież Franciszek. 
1 Kor 5,11-13
"Dlatego pisałem wam wówczas, byście nie przestawali z takim, który nazywając się bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem, chciwcem, bałwochwalcą, oszczercą, pijakiem lub zdziercą. Z takim nawet nie siadajcie wspólnie do posiłku. Jakże bowiem mogę sądzić tych, którzy są na zewnątrz? Czyż i wy nie sądzicie tych, którzy są wewnątrz? Tych, którzy są na zewnątrz, osądzi Bóg. Usuńcie złego spośród was samych.” 

Gdyby wierni KK z większą niż dotychczas gorliwością sięgali do Słowa Bożego, zapewne 
sami powtórzyliby za swoim papieżem "Nie ma miejsca w posłudze Kościoła dla tych, którzy dopuszczają się wykorzystywania seksualnego nieletnich", zamiast podpierać się wersetem "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni" (który tak nota bene piętnuje postawę wyniosłości i obłudy, z jaką faryzeusze podkreślali grzeszność innych, nie chcąc dostrzec swojej własnej. Nie ma w nim zakazu „usuwania drzazgi z oka brata)