Google+ Followers

poniedziałek, 31 lipca 2017

Żywy Bóg w rękach pedofili???

Jak podaje "Wprost," 42-letnia Kosaka Kumiko, która w latach 2004-2012 sprawowała opiekę w placówce dla dzieci głuchych i niedosłyszących, miała posyłać je do pomieszczeń, w których seksualnie wykorzystywali je księża. 
Dzieci przekazują, że ona sama też je wykorzystywała i zmuszała do oglądania pornografii w telewizji.
Argentyńska prasa opisuje dramatyczne historie, jakie rozgrywały się w szkole. Szczególnie oburzającym przypadkiem miała być sytuacja, gdy 5-latka została zgwałcona przez księdza i zakonnica po tym, jak dziewczynka wróciła do klasy, założyła jej pieluszkę, aby ukryć krwawienie. 
Kosaka Kumiko została aresztowana i oskarżona o pomaganie kapłanom w wykorzystywaniu seksualnym dzieci w Instytucie Antonio Provolo. Kumiko została też oskarżona o fizyczne nadużycia wobec dzieci. 
W sprawie zostali aresztowani także kapłani. Przynajmniej 24 uczniów szkoły twierdzi, że 82-letni ks. Nicoli Corradi, 55-letni ks. Horacio Corbacho oraz trzech innych mężczyzn znęcało się nad nimi fizycznie. 
... Hmmm...I tacy księża, jak naucza KK w czasie każdej mszy świętej w eucharystii, mają moc rzeczywistej przemiany  wina w krew Jezusa, a chleba w Jego ciało (mowa o transsubstancjacji)??? 
To wszystko czyni kapłan-człowiek? Często alkoholik z trzęsącymi się rekami, hazardzista, albo rozpustnik, homoseksualista czy pedofil ???? 
Biblia mówi, że żaden człowiek nie ma takiej mocy sprawczej, gdyż Bóg nie odbiera posługi z rąk ludzkich! 
Dz.Ap. 17:25″…Bóg nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech i wszystko” 
Ludzie obudźcie się! Wszechmogący, wielki Bóg w rękach pedofili???


piątek, 28 lipca 2017

Lwów jest...

Zastanawiałam się jakich określeń mogłabym użyć, aby opisać to niesamowite miasto... 
Lwów jest fascynujący, niezwykły i......
Tak... polski... 
Przez stulecia było to miasto wielu kultur. Obok siebie żyli tu Polacy, Żydzi, Ormianie, Ukraińcy, Niemcy, Austriacy i Rosjanie. 
Z tego, co mi wiadomo do 1944-45 roku Polacy stanowili 60% ludności Lwowa, Żydzi 30%, a Ormianie i Ukraińcy 10%. 
Nigdy tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Lwów to w sumie miasto-symbol i  że trudno wyobrazić sobie miejsce bardziej związane z polską historią, kulturą i tożsamością. 
Jeszcze wczoraj  wizja Polski bez Lwowa wydawała mi się łatwa i oczywista, niczym naturalny porządek rzeczy. 
Jednak 70 lat temu Lwów był jednym z trzech najważniejszych miejsc kultury polskiej obok Warszawy i Krakowa. 
Myślę, że nie miałam pojęcia, jak bardzo Lwów przepełniony jest polskością. 
Dopiero wizyta w tym mieście otworzyła mi oczy, a przede wszystkim serce... 
Świetność Lwowa powstawała w kręgu polskiej kultury, którą przesiąknięte jest niemal każde miejsce.
Tu się oddycha polskością.


Opera Lwowska


Pomnik Adama Mickiewicza

Sobór Św. Jura


 Włoskie Podwórko


Parasole przy Pałacu Potockich


Kościół Bożego Ciała 




Lwowski Uniwersytet Narodowy






Cmentarz Łyczakowski kryje mogiły elit narodu polskiego, jest on najstarszym polskim cmentarzem, założonym w 1786 roku. W okresie przeszło 200 lat pochowano tu ok. pół miliona ludzi, przeważnie Polaków, ale także Ukraińców, Austriaków, Niemców, Żydów, Ormian a także Rosjan. 


Spoczywa tu Maria Konopnicka, Gabriela Zapolska, Artur Grottger, Stefan Banach i wielu innych znanych Polaków.

Cmentarz Orląt Lwowskich to jedno z tych miejsc, gdzie na pewno głębokie wzruszenie ogarnia każdego rodaka. To miejsce spoczynku tych wszystkich młodych Polaków, którzy chwyciwszy za broń, zginęli w obronie polskiego Lwowa. Pochowano tu blisko 3000 żołnierzy, z których 1/5 to chłopcy niespełna osiemnastoletni, bohaterskie dzieci, Orlęta Lwowskie

 


Posąg Neptuna na Rynku




Manufaktura czekolady


 Czekoladowe fondue - kawiarenka w Manufakturze czekolady



Przepyszna czekoladowa kawa z bitą śmietaną i orzechami - Manufaktura czekolady

Mimo, iż Lwów leży poza granicami naszego kraju, to dla mnie jest i będzie polskim miastem, chociaż tylko w sferze emocjonalno-kulturowej... 

niedziela, 23 lipca 2017

Tu czas się zatrzymał...

Długie lata planowaliśmy i odkładaliśmy wypad do Lwowa... 
W naszym kalendarzu zawsze pojawiło się coś innego, coś ciekawszego... 
Generalnie, to mój małżonek koniecznie chciał wybrać się w tę podróż, z uwagi na sentyment do miasta, które znał jedynie z opowiadań i czarno-białych fotografii, a które jego ojciec wraz z rodziną w 1945 roku, musiał opuścić w związku z przymusową akcją przesiedleńczą na obszar Polski pojałtańskiej. 
Walizy spakowane, a zatem w drogę...


Granicę przekraczaliśmy w Korczowej, 
no i w sumie już na wstępie odechciało mi się tego wyjazdu, gdy moim oczom ukazał się niekończący się sznur samochodów. 
To się po prostu nie mieści w głowie! Kilkukilometrowy sznur pojazdów czekających w kolejce, do następnej kilometrowej kolejki w 33 stopniowym upale...
Szok... 
O ile po stronie polskiej sama odprawa przebiegała w miarę sprawnie, bez zbędnej biurokracji, to po ukraińskiej przypominało to jakiś niekończący się marazm, spowodowany papierologią, a i chyba także totalnym tumiwisizmem. 
Świat idzie do przodu, a tu jakby czas zatrzymał się w miejscu...


Służby celne poruszały się jak muchy w smole... 
Celnicy przemieszczali się z budynku do budynku, tu jedna pieczątka, tam druga... 
Tu jeszcze jakaś karteczka do przeniesienia, tam jeszcze jakieś ksero do wykonania.... 
Tu podejść, tam przejść, wrócić do auta, wysiąść z auta, przynieść paszporty, ponownie wrócić do auta, zaczekać na wezwanie, podejść do budki, pokazać się celnikowi, a wszystko to jakby w zwolnionym tempie... 
Siedem godzin na granicy, siedem długich, upokarzających godzin, aby wreszcie otrzymać jakiś maleńki opieczętowany świstek papieru, który w końcu uprawniał do wjazdu na Ukrainę.... 
- Nigdy więcej!!!! - to były moje słowa, gdy wreszcie wyruszyliśmy w stronę Lwowa, a tu przecież za tydzień zapewne trzeba będzie ponownie zmierzyć się tym beznadziejnym, niekończącym się oczekiwaniem na wjazd do Polski...


piątek, 14 lipca 2017

Chwilowo...

Odejdę pewnego dnia.
Pójdę prostą drogą
do domu Ojca...
Już się nie lękam,
Czekam...
Wiem...
- Jestem przechodniem...
Już tutaj nie pasuję.
Jestem, bo jestem...
- Chwilowo...

wtorek, 11 lipca 2017

Karykatura...

Jest taka książeczka dla dzieci autorstwa Nele Moost "Jak kózka uczyła się pływać" 
 Myślę, że powinni przeczytać ją wszyscy, nie tylko dzieci. Zapewne każdy zrozumie ją na swój sposób i chyba o to chodzi, gdyż każdy z nas jest inny i niepowtarzalny, tak jak niepowtarzalne jest każde dziecko. 
Ja osobiście treść książki odczytują jako karykaturę obecnego modelu nauczania, gdzie rzadko jest miejsce na indywidualne podejście do każdego ucznia i rozwijanie jego talentów... 

Jest to historia zwierząt, które poszły do szkoły. 
Były wśród nich najróżniejsze gatunki: kaczka, koń, ryba, żyrafa, słoń, gąsienica, mrówka, a także tytułowa kózka. 
Wszystkie zwierzęta musiały uczestniczyć w tych samych zajęciach. 
Oczywiście szybko okazało się, że jedne zwierzęta są w czymś lepsze od innych. 
Kaczka wygrywała zawody pływackie, podczas gdy koń i kózka zupełnie sobie z tym nie radzili. No cóż, koń podpadł także na lekcji latania, próbował zatem dać z siebie wszystko na zajęciach wspinania, ale i w tym także mu nie szło.
Gdy gąsienica nie chciała uczyć się latania, po prostu wyleciała ze szkoły. 
Zatroskany słoń, nie chcąc zawieść wszystkich, ani także opuścić szkoły, udał się na korepetycje. 
Mimo swoich starań, nie podołał i nie wzbił się w niebo. Zrozpaczony rozpłakał się w końcu.
Mała mrówka, która grzecznie odmawiała nauki pływania i latania, nie wykazując najmniejszego zainteresowania tymi przedmiotami, została przeniesiona do szkoły specjalnej.
Po pewnym czasie okazało się, że nawet kaczuszka, już nie jest najlepsza w pływaniu, ponieważ zbyt intensywnie trenowała wspinanie, a finał był taki, że nabawiła się silnych zakwasów i nie mogła aktywnie uczestniczyć w żadnej z lekcji. 
Zwierzątka rozpoczynając naukę w szkole były najlepsze, każde w swojej dziedzinie. Jednak na koniec roku okazało się, że nikt już niczego nie potrafi robić bardzo dobrze. Tak się skupiały na nauce innych przedmiotów, że zaniedbały swoje dziedziny, a nauczyciele stwierdzili, że do niczego się nie nadają. 

Hmmm...Wszystkie dzieci, przychodzące na świat wyposażone są w ciekawość, dlatego każde jest otwarte i chce poznawać otaczającą rzeczywistość. Czyż nie powinny w pierwszej kolejności poznawać siebie samych, dowiedzieć się w czym są dobre?  
Dzieci mają prawo do odkrywania świata na swój sposób, przy wykorzystaniu własnych, niepowtarzalnych uzdolnień i w odpowiednim dla siebie tempie. One są naszym najcenniejszym skarbem, narodowym bogactwem i dbałość o ich radosną, ekscytującą edukację powinna nam dorosłym wyznaczać azymut. 


czwartek, 6 lipca 2017

Uczący się mózg...

Ostatnimi czasy jestem zafascynowana wszelaką wiedzą z dziedziny neurodydaktyki, czyli nauczania przyjaznego mózgowi. Jest to dziwne połączenie dydaktyki i neurobiologii, ale okazuje się, że niebywale istotne połączenie. 
Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka M. Żylińskiej "Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi". Napisana jest bardzo przystępnym i lekkim językiem i  uwierzcie mi, że naprawdę otwiera oczy na nasz obecny system edukacji. 
Marzeniem każdego rodzica jest, aby dziecko czuło się w szkole dobrze i przede wszystkim rozwijało swoje mocne strony, swoje talenty i zainteresowania. 
Obecny model nauczania, to swoisty XIX wieczny, pruski skansen, gdy powstawał nie było jeszcze wiadomo, jak przebiegają procesy uczenia się. 
Od mniej więcej 20 lat możemy zajrzeć do uczącego się mózgu. 
Żylińska podaje, że mózg z lawiny zalewających go bodźców, wybiera tylko to co może okazać się dla niego przydatne. Decyduje kiedy uruchomić swoją aktywność i zapisać istotne dla niego fakty w sieci ok 90 (czy może nawet więcej) miliardów neuronów. 
Przyswaja nowości, wszystko to co nietypowe, jeśli czegoś nie uzna za ważne, biorąc pod uwagę uwarunkowania genetyczne i środowiskowe, odrzuca bez wahania. 
Natura nie przystosowała go do gromadzenia informacji niczym w bardzo pojemnym segregatorze, do którego można powpinać to, co się akurat chce przekazać. Mózg woli wynajdować reguły i dopasowywać je do rzeczywistości. W działaniu rozwija się znacznie dynamiczniej, niż poprzez bierną obserwację. 
A w naszych szkołach dominuje transmisyjny model nauczania. Wiedza jest przekazywana od nauczyciela do ucznia. Nauczyciel podaje wiedzę na talerzu, a uczeń ma ją sobie przyswoić. Jednak neurony zmieniają się tylko w wyniku aktywności, a jest to możliwe tylko wtedy, gdy uczniowie wykonują konkretną pracę, gdy zadają pytania, dociekają, sprawdzają, dopasowują i wreszcie wnioskują, 
Nauczyciel w pierwszej kolejności powinien wspierać ucznia w jego działaniach, a nie przede wszystkim oceniać, sprawdzając stopień przyswojenia wiadomości. 
Jego rola w XXI wieku powinna polegać na inspirowaniu, dzieleniu się doświadczeniami, pomocy w wyciąganiu wniosków,  porządkowaniu myślenia ucznia, a wszystko to powinno przebiegać w oparciu o jego mocne strony, o talenty i zainteresowania. 
Formatowanie wszystkich dzieci na jedną modłę może przynieść więcej złego niż dobrego. 
Hmmm...To smutne, ale jedyne, co się zmienia w naszych szkołach, to to, że tablica jest już zazwyczaj interaktywna, a tablety zastępują podręczniki. Tylko, że zastosowanie nowych technologii nie jest jeszcze żadną innowacją. Wymiana narzędzi pracy, w niczym nie zmienia nieużytecznego w dzisiejszych czasach, przestarzałego sytemu, który niszczy indywidualizm i kreatywność ucznia, a także utrudnia pracę mózgu.