Google+ Followers

piątek, 14 lipca 2017

Chwilowo...

Odejdę pewnego dnia.
Pójdę prostą drogą
do domu Ojca...
Już się nie lękam,
Czekam...
Wiem...
- Jestem przechodniem...
Już tutaj nie psuję.
Jestem, bo jestem...
- Chwilowo...

wtorek, 11 lipca 2017

Karykatura...

Jest taka książeczka dla dzieci autorstwa Nele Moost "Jak kózka uczyła się pływać" 
 Myślę, że powinni przeczytać ją wszyscy, nie tylko dzieci. Zapewne każdy zrozumie ją na swój sposób i chyba o to chodzi, gdyż każdy z nas jest inny i niepowtarzalny, tak jak niepowtarzalne jest każde dziecko. 
Ja osobiście treść książki odczytują jako karykaturę obecnego modelu nauczania, gdzie rzadko jest miejsce na indywidualne podejście do każdego ucznia i rozwijanie jego talentów... 

Jest to historia zwierząt, które poszły do szkoły. 
Były wśród nich najróżniejsze gatunki: kaczka, koń, ryba, żyrafa, słoń, gąsienica, mrówka, a także tytułowa kózka. 
Wszystkie zwierzęta musiały uczestniczyć w tych samych zajęciach. 
Oczywiście szybko okazało się, że jedne zwierzęta są w czymś lepsze od innych. 
Kaczka wygrywała zawody pływackie, podczas gdy koń i kózka zupełnie sobie z tym nie radzili. No cóż, koń podpadł także na lekcji latania, próbował zatem dać z siebie wszystko na zajęciach wspinania, ale i w tym także mu nie szło.
Gdy gąsienica nie chciała uczyć się latania, po prostu wyleciała ze szkoły. 
Zatroskany słoń, nie chcąc zawieść wszystkich, ani także opuścić szkoły, udał się na korepetycje. 
Mimo swoich starań, nie podołał i nie wzbił się w niebo. Zrozpaczony rozpłakał się w końcu.
Mała mrówka, która grzecznie odmawiała nauki pływania i latania, nie wykazując najmniejszego zainteresowania tymi przedmiotami, została przeniesiona do szkoły specjalnej.
Po pewnym czasie okazało się, że nawet kaczuszka, już nie jest najlepsza w pływaniu, ponieważ zbyt intensywnie trenowała wspinanie, a finał był taki, że nabawiła się silnych zakwasów i nie mogła aktywnie uczestniczyć w żadnej z lekcji. 
Zwierzątka rozpoczynając naukę w szkole były najlepsze, każde w swojej dziedzinie. Jednak na koniec roku okazało się, że nikt już niczego nie potrafi robić bardzo dobrze. Tak się skupiały na nauce innych przedmiotów, że zaniedbały swoje dziedziny, a nauczyciele stwierdzili, że do niczego się nie nadają. 

Hmmm...Wszystkie dzieci, przychodzące na świat wyposażone są w ciekawość, dlatego każde jest otwarte i chce poznawać otaczającą rzeczywistość. Czyż nie powinny w pierwszej kolejności poznawać siebie samych, dowiedzieć się w czym są dobre?  
Dzieci mają prawo do odkrywania świata na swój sposób, przy wykorzystaniu własnych, niepowtarzalnych uzdolnień i w odpowiednim dla siebie tempie. One są naszym najcenniejszym skarbem, narodowym bogactwem i dbałość o ich radosną, ekscytującą edukację powinna nam dorosłym wyznaczać azymut. 


czwartek, 6 lipca 2017

Uczący się mózg...

Ostatnimi czasy jestem zafascynowana wszelaką wiedzą z dziedziny neurodydaktyki, czyli nauczania przyjaznego mózgowi. Jest to dziwne połączenie dydaktyki i neurobiologii, ale okazuje się, że niebywale istotne połączenie. 
Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka M. Żylińskiej "Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi". Napisana jest bardzo przystępnym i lekkim językiem i  uwierzcie mi, że naprawdę otwiera oczy na nasz obecny system edukacji. 
Marzeniem każdego rodzica jest, aby dziecko czuło się w szkole dobrze i przede wszystkim rozwijało swoje mocne strony, swoje talenty i zainteresowania. 
Obecny model nauczania, to swoisty XIX wieczny, pruski skansen, gdy powstawał nie było jeszcze wiadomo, jak przebiegają procesy uczenia się. 
Od mniej więcej 20 lat możemy zajrzeć do uczącego się mózgu. 
Żylińska podaje, że mózg z lawiny zalewających go bodźców, wybiera tylko to co może okazać się dla niego przydatne. Decyduje kiedy uruchomić swoją aktywność i zapisać istotne dla niego fakty w sieci ok 90 (czy może nawet więcej) miliardów neuronów. 
Przyswaja nowości, wszystko to co nietypowe, jeśli czegoś nie uzna za ważne, biorąc pod uwagę uwarunkowania genetyczne i środowiskowe, odrzuca bez wahania. 
Natura nie przystosowała go do gromadzenia informacji niczym w bardzo pojemnym segregatorze, do którego można powpinać to, co się akurat chce przekazać. Mózg woli wynajdować reguły i dopasowywać je do rzeczywistości. W działaniu rozwija się znacznie dynamiczniej, niż poprzez bierną obserwację. 
A w naszych szkołach dominuje transmisyjny model nauczania. Wiedza jest przekazywana od nauczyciela do ucznia. Nauczyciel podaje wiedzę na talerzu, a uczeń ma ją sobie przyswoić. Jednak neurony zmieniają się tylko w wyniku aktywności, a jest to możliwe tylko wtedy, gdy uczniowie wykonują konkretną pracę, gdy zadają pytania, dociekają, sprawdzają, dopasowują i wreszcie wnioskują, 
Nauczyciel w pierwszej kolejności powinien wspierać ucznia w jego działaniach, a nie przede wszystkim oceniać, sprawdzając stopień przyswojenia wiadomości. 
Jego rola w XXI wieku powinna polegać na inspirowaniu, dzieleniu się doświadczeniami, pomocy w wyciąganiu wniosków,  porządkowaniu myślenia ucznia, a wszystko to powinno przebiegać w oparciu o jego mocne strony, o talenty i zainteresowania. 
Formatowanie wszystkich dzieci na jedną modłę może przynieść więcej złego niż dobrego. 
Hmmm...To smutne, ale jedyne, co się zmienia w naszych szkołach, to to, że tablica jest już zazwyczaj interaktywna, a tablety zastępują podręczniki. Tylko, że zastosowanie nowych technologii nie jest jeszcze żadną innowacją. Wymiana narzędzi pracy, w niczym nie zmienia nieużytecznego w dzisiejszych czasach, przestarzałego sytemu, który niszczy indywidualizm i kreatywność ucznia, a także utrudnia pracę mózgu.